Tak, uczę dzieci samodzielnego zasypiania. Nie, nie jestem tyranem.

 

Powiedzieć, że moje dzieci słabą śpią, to nic nie powiedzieć… Jak słyszę te historie, o noworodkach, które przesypiają noce, to krew mnie zalewa z zazdrości. Ten, kto wymyślił powiedzenie „śpi, jak dziecko”, z pewnością własnych nie miał…

 

Aparatka zaczęła przesypiać noce trochę po pierwszych urodzinach. Bliźniaczki, mimo że pierwsza świeczka zdmuchnięta prawie trzy miesiące temu, ciągle budzą się po 2-3 razy i często nie chcą zasnąć ponownie – nieważne czy jest godzina 23, 1 czy 4…

 

Nauka zasypiania po raz pierwszy

 

W przypadku Aparatki kluczem do sukcesu okazało się samodzielne zasypianie w łóżeczku. Potrafiła to robić jakoś tak sama z siebie, kiedy była malutka, Wraz z nabywaniem nowych umiejętności – przede wszystkim stawania w łóżeczku – zasypianie stawało się coraz większym problemem. Zaczęło się bujanie na rączkach, noszenie po pokoju itp., ale każda nowa technika szybko przestawała się sprawdzać. Akurat znajomi korzystali z pomocy terapeuty snu i podpatrzyliśmy, jak to się robi – jak się uczy dziecko samodzielnego zasypiania. I to jest właśnie podstawowa informacja – dziecko można (i trzeba!) tego nauczyć.

 

Wiem, że to ciągle dosyć kontrowersyjny temat. Gdzieś tam z tyłu głowy mamy zalecenia jednej czy drugiej superniani, żeby odłożyć do łóżeczka i wyjść – popłacze, popłacze i w końcu zaśnie. Tylko, że to wcale nie musi tak wyglądać. Można dziecko przyzwyczajać powoli, pokazując że może na nas liczyć w trudnych chwilach.

 

Przez długi czas nasza nauka zasypiania wyglądało tak, że Aparatka leżała w swoim łóżeczku, a mama albo tata na łóżku obok. Czasem trzymaliśmy ją za rękę albo powtarzaliśmy, że idziemy spać,. Z czasem wystarczył biały szum w tle. Kiedy zasypianie w obecności rodziców przestało być problemem nastąpił kolejny etap – wkładamy do łóżeczka, włączamy szum, mówimy dobranoc i wychodzimy. I to też się udało! (Cały proces zaczął się od nowa, kiedy się przeprowadziliśmy, a Aparatka zaczęła spać sama w swoim pokoju). Czasem było jakieś marudzenie. Zdarzało się, że mała zaczynała naprawdę płakać i wtedy wracaliśmy, żeby z nią jeszcze posiedzieć, opowiedzieć bajkę, wyciszyć. Oczywiście były też dni, kiedy bunt był większy i usypianie trwało długo (czasami trzeba było wkładać ją do łóżeczka kilka razy). Aparatka jakoś nigdy nie miała przytulanki do spania, za to długo spała ze smoczkiem. Kiedy w końcu zabrała go jakaś niedobra sroczka nastąpił kolejny etap naszej sennej przygody – jakoś tak spontanicznie wyszło, że Aparatka zamieniła łóżeczko na duże dorosłe łóżko. W kwestii usypiania zrobiliśmy wtedy mały krok w tył, bo ponownie zaczęliśmy zasypiać razem z nią. Kiedy jednak mieliśmy przejść do kolejnego etapu stwierdziliśmy, że w sumie te kilkanaście minut przed zaśnięciem to taki spokojny czas na przytulenie, rozmowę, bajkę, bez obecności młodszych sióstr. I tak już zostało:) Chociaż jeżeli sytuacja zmusi nas do tego, żebyśmy zajęli się czymś innym (np. wrzeszczącą za ścianą siostrą), Aparatka potrafi zasnąć sama.

 

Nauka zasypiania po raz drugi

 

W przypadku Bliźniaczek zasypianie to zupełnie inna historia. Długo nie dopuszczaliśmy możliwości, że bliźniaki też mogą zasypiać samodzielnie. Aż którejś nocy tak nam dały popalić, że postanowiliśmy spróbować. Okazało się, że Mila, chociaż obdarzona większym temperamentem, bardzo szybko załapała o co chodzi. Jeżeli jest odpowiednio zmęczona i wyciszona, zasypia dosłownie w ciągu minuty – i to zarówno w dzień, jak i w nocy. Z Tosią, przytulanką, nauczoną zasypiania przy piersi, jest znacznie trudniej. Aktualnie dodatkowo mocno ząbkuje, więc trochę odpuściliśmy, Skupiliśmy się za to na tym, żeby wypracować dziewczynom optymalny plan dnia, bo nauka samodzielnego zasypiania bez solidnych fundamentów w postaci odpowiedniej ilości i długości drzemek oraz ilości i kaloryczności posiłków jest właściwie bez sensu.

 

Stworzenie idealnego planu dnia nie było trudne. Baaardzo pomocna okazała się przy tym książka Wyspana Mama bliźniaków (do kupienia tu: https://sklep.spijmaluszku.pl/), którą z czystym sercem polecam, Dzięki niej utwierdziłam się też w przekonaniu, że dzieci mogą, a nawet powinny chodzić spać przed 19, a pierwszą drzemkę mieć już o 9.

 

Niestety plan planem, a życie życiem. Jakoś nie mogę wtłoczyć do tych małych główek, że jak się chce spać (a niezależnie od planu, widzę te malutkie oczy i ziewanie) to trzeba dać się uśpić. Pobudka, śniadanie, pierwsza drzemka – do tego momentu zwykle jest ok. W sumie nie ma też większych problemów z drugim śniadaniem i zabawą w południe. Walka rozgrywa się natomiast przy drzemce numer dwa. W 75% przypadków zasypia tylko jedna dziewczyna (zwykle w wózku, na spacerze). Ta, która nie śpi, jest wieczorem tak zmęczona, że pada, a nie zasypia… I to rozwala spanie nocne niestety.

 

Tak więc my nadal walczymy. Jednocześnie jednak mamy świadomość, że to jedyna słuszna droga do tego, żeby w końcu przespać ciągiem chociaż te 5-6 godzin. I żeby oddalić się od krawędzi szaleństwa, do której niebezpiecznie szybko się zbliżamy…

 

Jeszcze jedno – u nas zarówno w przypadku Aparatki, jak i Mili sprawdziła się metoda krzesełka. Po kilku – kilkunastu dniach siedzenia przy usypiającym dziecku przeszliśmy gładko to sytuacji, kiedy my wychodzimy, a dziecko zasypia samo. Pomiędzy mogła być jeszcze metoda interwałów czasowych, która w dużym uproszczeniu polega na tym, że wchodzimy do pokoju płaczącego dziecka najpierw po 2 minutach płaczu, potem po 4, 6, 8 itd. Za każdym razem uspokajamy dziecko i wychodzimy. Co do tej metody szczerze mówiąc mam pewne zastrzeżenia, nie wykluczam jednak, że kiedyś się przekonam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *