Z pamiętnika matki przedszkolaka: nasze pierwsze trzy tygodnie

Pierwsze trzy tygodnie września za nami. Pierwsze trzy tygodnie przedszkola. Jestem pewna, że rodzicom zostają one w pamięci na długo – jak pierwszy krok czy pierwsze słowo. Przypuszczam też, że rzadko są to wspomnienia dziecka, które od pierwszego dnia kocha swoje przedszkole, swoje panie, kolegów i koleżanki. W każdym razie u nas takiej sielanki nie było. 

Mam nadzieję, że ostatecznie będzie to historia z happy endem, bo na razie trochę przypomina film sensacyjny, pełen nagłych zwrotów akcji…

 

Pierwszy dzień był super. Aparatka znała przedszkole z teorii (książki, bajki, rozmowy). Widziała sale (i zabawki!), poznała panie. Szła pozytywnie nastawiona i kiedy odebraliśmy ją po prawie pięciu godzinach entuzjazm nie minął. A różnie dzieci reagowały – niektóre od samego początku płakały, inne zrażały się po pierwszym dniu, bo nie były w stanie odnaleźć się w nowym miejscu i to jeszcze wśród dużej grupy rozżalonych rówieśników.

 

Wtorek. Pojechała chętnie. W dzień wszystko ok, ale pojawił się płacz po drzemce. Miała tylko poleżeć, ale zasnęła… A że u nas spanie w dzień jest problematyczne nawet w domu (często budzi się z płaczem i wtedy koniecznie mama musi po nią przyjść), specjalnie nas to nie zdziwiło. Trochę zmartwiło, ale mówiła, że było fajnie i że jutro też idzie.

 

Środa. Pierwszy raz to mama ją odwiozła (wcześniej robił to tata). Od rana wspominała, że byłoby fajnie gdybym z nią została. Tłumaczyłam, że nie mogę, bo nie ma tam tyle miejsca, żeby się mamy pomieściły, że muszę pracować itp. Ostatecznie był lekki opór, ale pani szybko wciągnęła ją do zabawy i została. Tylko w dzien było słabo… Z jej relacji wynika, że płakała praktycznie przez cały czas…

 

Czwartek. Rano opór – nie idę do przedszkola. Jakoś dała się namówić, ale na miejscu płacz. Została chlipiąca w ramionach pani (dzięki Bogu, że trafiliśmy na takie wspaniałe ciocie!). Odebraliśmy ją razem, zapłakaną, z czerwonymi oczami. Niby mówiła, że wróci, ale widać było, że nie chce.

 

Piątek. Rano horror. Od rana nastawienie na nie. Prawie siłą trzeba było włożyć do fotelika. Za to w przedszkolu już się uspokoiła i sama weszła do sali. Odebraliśmy ją wcześniej. Panie mówiły, że już było lepiej, ale z jej relacji wynikało, że kiedy dzieci się bawiły, śpiewały itp. ona płakała i płakała i płakała, bo chciała do mamy i do taty…

 

Kolejny tydzień to pierwszy wirus, cała rodzina zasmarkana i zakichana. Siedzimy w domu. O przedszkolu rozmawiamy tylko, kiedy sama coś wspomni, a zdarza się to coraz częściej. Jakieś zabawy, piosenki sobie przypomina. Sama chce się bawić w przedszkole albo żeby do spania ją zawijać tak, jak pani w przedszkolu. I żeby jej opowiadać bajkę o przedszkolu. Czytamy też książeczki o przedszkolu (jeżeli chce). Nastawienie pod koniec tygodnia: pójdę, ale będę płakać, bo chcę do mamy. Ok. Jeśli będziesz smutna możesz płakać. Każdy czasami płacze. Ale może pomyślimy, jak inaczej można sobie poradzić ze smutkiem? Można na przykład mocno przytulić swoją Peppę. Albo można się przytulić do pani. Albo wyobrazić sobie, że mam jest obok. I najważniejsze, żeby pamiętać, że mama przyjdzie wtedy, kiedy obiecała. Jeśli obiecała po obiadku, to parkuje samochód, kiedy panie nalewają zupę. Jeśli po drzemce – jest kilka minut przed otwarciem pierwszego oka.

 

Poniedziałek po chorobie. Rano zmieniła zdanie – jednak nie idzie. Ostatecznie, jeśli tata ją zawiezie, to ok. Zostaje lekko pochlipująca. Odbieramy ją całą rodziną po obiedzie. A właściwie przed, bo byliśmy wcześniej i za wcześnie nas zobaczyła. Oczy i policzki bez śladu łez. Pani mówi, że było super. Aparatka mówi, że jutro wróci i sama z siebie dodaje, że jutro już nie będzie płakać.

 

Wtorek. Wstaje o 6, od razu chce się ubrać, pyta czy idziemy do przedszkola, przypomina, że dziś nie będzie płakać i że mam ją odebrać po drzemce. Sama z siebie zaczyna temat, ja tylko słucham i przytakuję. Chętnie się ubiera, pozwala zrobić kucyki (!), je śniadanie. Zbliża się 8. Idziemy myć zęby. I nagle bunt na pokładzie. Ona nie chce iść i koniec. I płacz. Tylko już nie taki żałosny jak wcześniej. Raczej ten z rodzaju: chcę, żeby było po mojemu! Dajemy jej porządzić: może iść bez swetra, może wybrać, w którym foteliku chce jechać. Wiem, że problem polega na tym, że ona musi wyjść, a Bliźniaczki zostają z mamą…

 

Środa. Od rana płaczki i marudzenie, że ona nie chce iść do przedszkola. A może jest tam chociaż jedna fajna rzecz? No jest – warsztat. Ok, to dziś będziesz się tylko bawić warsztatem. Nie będziesz śpiewać… Trochę będę. Nie będziesz tańczyć. Trochę będę… I na placu zabaw wszystko takie smutne… Tato, wcale nie będę się smucić! Wspólnie dochodzimy do wniosku, że jednak warto pójść. Na chwilę. Za kilka minut znowu marudzenie… Trochę puszczamy mimo uszu. Nagle staje i oznajmia, że już chce iść do samochodu. Tata kończy śniadanie w biegu i jadą. W drodze mówi, że dziś nie będzie płakać. (I to jest jakiś przełom jeśli chodzi o nastawienie.) Wchodzi do sali z łezkami w oczach, ale dzielnie walczy, żeby nie wypłynęły. Dzień zaczyna się dobrze i wszystko jest ok dopóki nie okazuje się, że gdzieś zginęła Peppa… A przecież to ona miała być ostatnią deską ratunku… Tragedii nie ma, ale jest ogromny smutek dziecka. I przerażenie matki – co będzie, jeżeli mimo zapewnień pani jej nie znajdzie…? Na wszelkie wypadek organizujemy szybko nową przytulankę. Dostaje ją wieczorem razem z historyjką, że stara Peppa wyjechała sobie w podróż i nie wiadomo czy już jutro wróci.

 

Czwartek. Poranek podobny do poprzedniego. Marudzenie, marudzenie, marudzenie… i nagle ok, jedźmy. No bo nowa Peppa chce zobaczyć przedszkole. A poza tym nowa Peppa tęskni za starą i jedzie jej szukać. W drodze radośnie sobie gaworzymy. Z drżącym sercem wprowadzam Aparatkę do szatni, a tam… uffff… Peppa leży na swoim miejscu! Duża zostaje w szatni, mała idzie do sali. Akurat spotykamy panią, która znalazła Peppę. Jeszcze wzorcowe pożegnanie: buziak, przytulas i piąteczka i Aparatka idzie z panią do sali. Bez łez. Bez oglądania się za siebie. Przyjeżdżam po spaniu. A właściwie w trakcie, bo dziś Aparatka śpi wyjątkowo długo i wyjątkowo spokojnie. Pani mówi, że w ogóle był super dzień. Już w drodze do samochodu, mimo że rozespana, opowiada, że był dziś pan policjant i mówił o swojej pracy. I nagle sama z siebie: fajnie było w przedszkolu. A w domu dowiedziałam się dziś tyyyylu rzeczy z życia przedszkola – piosenek, zabaw, co robią dzieci, co mówią panie. I to bez żadnych pytań!

 

Piątek. Mały kryzys. Od rana marudzi, że nie chce iść… Bardzo opornie wychodzi z domu, zostaje pochlipując. Kiedy przyjeżdżam zdążyła się już obudzić i płacze, że chce do mamy. Biegnie do mnie jak na skrzydłach. Pani mówi, że pięknie zasnęła sama. Przed snem powiedziała tylko: będę spać i będę sobie wyobrażać, że jest mama ❤ W drodze powrotnej jest mało rozmowna, ale może dlatego że rozespana. Oby. Po powrocie, podobnie zresztą, jak i w czwartek, prawie bez przerwy bawimy się w przedszkole. Coraz więcej wiem też o dzieciach. Jeżeli nawet to nie pierwsze przyjaźnie, to z pewnością są chwile, że nie płacze tylko obserwuje:)

 

Sobota. Od rana bawimy się w przedszkole. Już sama mam trochę dosyć 😉 Najpierw bawimy się, że ją odprowadzam, a potem odbieram. Później ona była panią. Później była Antkiem, a ja jego starszą siostrą, która go odbiera. Itp. Itd. Chciała też wydrukować zdjęcie przedszkole i wszystkim pokazywała.

 

 

Czy to koniec adaptacji? Raczej nie.  Czy adaptacja mogła przebiegać łagodniej? Pewnie mogła. Czy coś mogliśmy zrobić inaczej? Na pewno tak. Czy lepiej? Nie, bo z pewnością w każdym momencie podejmowaliśmy taką decyzję, jaka wydawała nam się najlepsza. 

 

Na pewno jest lepiej. Trudno powiedzieć, co ostatecznie zadziałało. Myślę, że przełom nastąpił wtedy, kiedy Aparatka przestała płakać (chociaż na chwilę) i dała przedszkolu szansę, a ono pokazało, że jest fajne. Dlaczego jednak przestała płakać? Nie sądzę, żeby przestała tęsknić. Może uwierzyła, że zawsze po nią przyjdziemy? Może rzeczywiście spróbowała poradzić sobie ze smutkiem inaczej niż przez płacz? Eh, żeby tak się dało wniknąć w tę małą główkę…

 

 

W każdym razie w chwilach kryzysu staraliśmy się jakoś wspierać małego przedszkolaka. Co mogę z pewnością polecić?

 

Rozmowa

 

Kiedy mówi, że nie chce iść próbujemy ustalić dlaczego i co można by zrobić, żeby chciała. Kiedy mówi, że będzie płakać, bo chce do mamy (czyt. tęskni i jest jej smutno) próbujemy wspólnie wymyślić, jak inaczej sobie radzić ze smutkiem. Niektóre pomysły są super (pisałam o nich wyżej), inne wolałam przemilczeć (można świecić latarką w oczy tak długo, aż się przestanie płakać…). Taka rozmowa to czasem niezła gimnastyka dla umysłu, serio. Ale moim zdaniem to nieoceniona metoda na rozwiązywanie wszystkich dziecięcych problemów.

 

 

Książki

 

Feluś i Gucio idą do przedszkola. Książka polecana na wielu grupach i blogach. Do mnie szczerze mówiąc początkowo nie przemówiła- jakoś tak mało treści, mało sposobów na rozwiązywanie problemów. Ale widocznie umysł dziecka działa inaczej. Aparatka od razu wychwyciła to, co odnosi się do niej – problem z rozstaniem w szatni, płacz, bo tęskni za mamą. Czasami czytamy ją całą, ale częściej przewijamy do strony z płaczem. I to ją chyba uspokaja – ta świadomość, że to normalne i wszyscy tak mają.

 

Opowiadanie O Kasi, która gubiła kolory. Trochę długie, więc opowiadamy skróconą wersję. Ale pomysł, żeby sobie wyobrażać, że mama jest blisko chyba się spodobał, bo czasem mówi, że przestała płakać, jak sobie pomyślała, że jestem obok.

 

Kicia Kocia. Znamy się od dawna i Aparatka bardzo ją lubi. Tym razem też nie zawiodła, chociaż jak dla mnie zbyt fajne to przedszkole Kici Koci.

 

 

Zabawy w przedszkole. 

 

Aparatka ma bogatą wyobraźnię i lubi się bawić w udawanie. Sama inicjuje zabawy w przedszkole. Najczęściej ona jest panią, a ja nią. Wtedy też można się dowiedzieć, co robią w przedszkolu, w co się bawią, jak panie reagują np. na płacz czy kłótnie. Można też delikatnie modelować pożądane zachowania – na przykład wymyślamy, co zrobić, kiedy tęsknimy za mamą. Za którymś razem ja jestem Anielką i mówię, że mi trochę smutno i chcę do mamy, a Aparatka na to: mama po Ciebie przyjdzie po obiadku, może na razie przytulisz mocno Peppę?

 

 

Specjalny czas. 

 

Duuużo czasu z dzieckiem. Najlepiej sam na sam, ale w rodzinach wielodzietnych to trudne… Wszystko, co mam do zrobienia staram się zrobić przed południem, a po przedszkolu już 100% czasu dla dziewczyn. Wszystkich trzech najczęściej. Na szczęście Bliźniaczki wcześnie chodzą spać, więc wieczorem jest jeszcze chwila na specjalny czas z samym przedszkolakiem.

 

 

Dom to dom, przedszkole to przedszkole. 

 

Nie atakujmy serią pytań co było na obiad, co śpiewaliście, z kim się bawiłaś itp. itd. Wiem, że ciężko, bo język swędzi, a wyobraźnia pracuje. Ale czekajmy na sygnał, że dziecko chce opowiedzieć. Taki moment wcześniej czy później nastąpi. I wtedy można lekko pociągnąć za język.

 

 

Wyładowywanie emocji w domu. 

 

Ciężki temat. Aparatka zaczęła mocno dokuczać siostrom. Co chwilę którąś szturcha, zaczepia, gryzie, bije… Wydaje się, że w ogóle nie rozumie, dlaczego nie powinna tego robić. Chwilami już nam się kończy cierpliwość. Wiem, że ona tak odreagowuje stres związany z przedszkolem + walczy o uwagę, której w domu chciałaby mieć 100%. Niestety nie da się. I niestety nie wiem, jak rozwiązać ten problem. Dopóki starcza cierpliwości rozmawiamy, mówimy czego nie można, ale też co można, np. pogłaskać po rączce. Kiedy cierpliwość się kończy jakoś je rozdzielamy. Oczywiście, że czasami krzyczymy – nie wyobrażam sobie, że ktoś ma w sobie takie pokłady cierpliwości, że nie zdarzyłoby mu się. Najważniejsze jednak, żeby nawet po awanturze znaleźć chwilę na spokojną rozmowę. Wierzę, że w końcu to zaowocuje.

 

 

 

A co z matką przedszkolaka?

 

Też tęskni. Też bywa jej smutno i czasem się nawet łza w oku zakręci. Wyobrażanie sobie, jak to się Aparatka świetnie bawi pomaga tylko trochę… Jeśli wiem, że została chętnie, jest lepiej. Jeśli rano był płacz – z niecierpliwością odliczam godziny do drzemki i powrotu.

 

Też się adaptuję powoli. Jednocześnie rozwijam się mocno jako mediator. Ćwiczę podzielność uwagi. Zaciskam zęby i po raz siedemdziesiąty piąty powtarzam: wiem, że wolałabyś zostać w domu i wiem, że pora iść do przedszkola. Gimnastykuję swój umysł od porannej pobudki do wieczornej bajki. Wieczorem po prostu padam. Ale staram się nie narzekać. Początki bywają trudne, ale przecież nie będą trwać wiecznie.

 

Bo nie będą, prawda…?

 

 

 

 

1 thought on “Z pamiętnika matki przedszkolaka: nasze pierwsze trzy tygodnie

  1. Polecam jeszcze książkę „Uśmiech dla Żabki” Przemysław Wechtowicz i Emilia Dziubak. Piękna historia! Nasz niezbędnik w procesie adaptacji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *