Moje pierwsze wielodzietne wakacje

Najpierw był pomysł. Potem planowanie i radosne oczekiwanie. Wreszcie upragniony wyjazd. Pogoda dopisała, atrakcji nie zabrakło – wakacje się udały 🙂

W związku z tym, że były to moje pierwsze wielodzietne wakacje, postanowiłam je sobie podsumować. Tak, żeby w przyszłym roku pamiętać co powtórzyć, a co zmienić.

Co oceniam na plus?

Po pierwsze i zdecydowanie najważniejsze – wyjazd z zaprzyjaźnioną rodziną. W dodatku z dziećmi w wieku zbliżonym do wieku Aparatki. W takiej konfiguracji my (dorośli) mieliśmy wreszcie okazję żeby pogadać. A nawet trochę czasu, bo dzieci bawiły się ze sobą, a nie z nami (jaka miła odmiana:)). Dzieci też korzystały, bo nikt tak nie nauczy życia, jak starszy sprytny kolega! Ponadto kiedy trzeba było się spakować, rozpakować albo gdzieś przemieścić mogliśmy bez skrupułów korzystać z dodatkowych par rąk, a na plaży, kiedy dzieci rozpełzły się w cztery strony świata – z dodatkowych par oczu. I jeszcze ta wymiana doświadczeń wychowawczych (zwłaszcza kiedy deszcz uziemił czworo dorosłych i pięcioro bardzo aktywnych dzieci na kilku metrach kwadratowych pokoju)!

W czasie podróży nawet na chwilę nie włączyliśmy dzieciom smartfona czy tabletu! Dziewczyny dużo spały – planowanie podróży w czasie drzemek, a postojów w czasie aktywności, nawet kosztem późniejszego przybycia na miejsce, okazało się strzałem w dziesiątkę. W czasie, kiedy nie spały – Aparatkę łatwo było zająć zabawami (np. czy to prawda, że…) albo śpiewaniem. Z Bliźniaczkami było trudniej i bez marudzenia się nie obyło, ale wszystko do przeżycia.

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to pierwszy raz zwijałam ubrania zamiast je składać i uważam, że to świetne rozwiązanie – ubrania łatwiej spakować, a przy tym mniej się gniotą. Dobrze też pakować oddzielnie ubrania poszczególnych członków rodziny, a na miejscu od razu je wypakować na oddzielne półki. Sprawdza się też kosz czy worek na brudne rzeczy. I bardzo ważne, żeby konsekwentnie odkładać ubrania albo na półkę z czystymi, albo do kosza z brudnymi – nie ma trzeciej kategorii, gdzieś na oparciu krzesła!

Na plus oceniam też zdecydowanie miejsce naszego urlopowania – Sztutowo. Stosunkowo blisko, dobry dojazd, płytkie i ciepłe (czytaj: nie-tak-bardzo-zimne) morze.

Co bym zmieniła?

O ile lokalizacja na Żuławach Wiślanych była fajna, to już samo umiejscowienie naszego pensjonatu mniej. Do plaży mieliśmy ponad 2 km, a jeśli idziemy na kilka godzin z małymi dziećmi to na prawdę jest co nieść. Już o samych dzieciach nie wspominając! Na plażę szliśmy więc raz dziennie, na dłużej, co nie za bardzo sprawdza się, kiedy pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. W przyszłym roku na pewno poszukamy czegoś bliżej plaży.

Mimo iż rezerwowalismy pokoje na miesiąc przed wyjazdem (czyli bardzo późno), udało nam się znaleźć naprawdę ciekawą ofertę. Minusem był tylko brak jakiejś sali zabaw albo świetlicy dla dzieci. Przy planowaniu wypoczynku nad Bałtykiem nie można nie brać pod uwagę deszczu, a wiadomo, że w czasie deszczu dzieci się nudzą. Oczywiście można je wtedy kreatywnie zabawiać, ale gdy sami też chcemy przez chwilę odpocząć to z takim miejscem do zabawy pod dachem jest dużo łatwiej.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. To nie były łatwe wakacje. Do tej pory z żadnych nie wróciłam tak zmęczona. A jednak było warto. Jako mama mocno trzymam się myśli, że są dwie trwałe rzeczy, które możemy dać w spadku naszym dzieciom: pierwsze to korzenie, druga – to skrzydła (W. Hodding Carter). Nad korzeniami pracujemy każdego dnia. Skrzydłom łatwiej wyrosnąć, kiedy pojawiają się nowe wrażenia i wyzwania. Nie mam więc wątpliwości, że wysiłek, który teraz wkładamy we wspólne wyprawy zaowocuje w przyszłości!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *