Jak postanowiłam zostać mistrzem planowania (cz. I)

 

Uwielbiam planować. Boże, jak ja uwielbiam planować! Gdybym mogła to zaplanowałabym wszystko – od drzemek i posiłków dzieci po miesięczny jadłospis dla całej rodziny, łącznie z listą zakupów. Od niedzielnego spaceru po przyszłoroczny urlop. Od… No dobra, nie przesadzajmy z tymi marzeniami.

Kiedyś planowałam z wyprzedzeniem. Miałam gęsto zapisany kalendarz, notesy z listami zakupów, rzeczy do kupienia albo spakowania. Kiedy urodziła się Aparatka trochę mój ład się zaburzył. Ale szybko sprawdziłam, że dzieci faktycznie lubią rutynę. Hurra! Mój spokój był uratowany. Do momentu, kiedy urodziły się bliźniaczki…

Mądre książki pisały: od początku zsynchronizować. Taki był plan. Ale jak tu zgrać towarzystwo karmione piersią na żądanie (a w praktyce czasem co pół godziny)? Jak do tego dograć małą buntowniczkę przyzwyczajoną, że miała mamę, tatę, babcię i resztę rodziny na wyłączność? Gdybym nie miała innego wyjścia to pewnie bym musiała. Jakoś. Kosztem litrów wylanych łez i to nie tylko dziecięcych zapewne… Jednak miałam to szczęście, że zawsze były przynajmniej jedne ręce do pomocy. Kiedy ja karmiłam jedną, babcia nosiła drugą. Potem zamiana. Nawet w takim układzie było ciężko, więc długo nie miałam siły myśleć o jakimkolwiek planie dnia. Jakimś punktem odniesienia był jedynie w miarę stały rozkład dnia Aparatki.

Był taki okres, kiedy dziewczyny prawie nie spały w dzień. O wspólnym spaniu nie było więc nawet mowy. To już była granica dla mojej psychiki. Trzeba było działać. Najpierw wymyślić jakiś sposób zasypiania. Potem – to była wówczas jakaś utopia – nauczyć je zasypiać o jednej porze.

Testowaliśmy różne sposoby zasypiania. Czasem jeden zaskoczył na dwa, trzy dni, po czym panienka stwierdzała, że jednak wożenie w wózku, bujanie na rękach, ssanie butelki itp. itd. to nie to. Niektóre sposoby działały dłużej. Były lepsze i gorsze dni, ale coraz częściej zdarzało się, że obie Bliźniaczki spały jednocześnie. Czasem nawet wszystkie trzy dziewczyny spały razem! Teraz wybawieniem jest dla nas pogoda, bo nigdzie nie śpi się tak dobrze, jak pod przysłowiową chmurką. Oby to lato wiosną trwało przynajmniej do jesieni!

Spanie to jedna sprawa. Ale nie jedyna. Nie ma co się łudzić – przy dzieciach trzeba planować. Spontan jest super od czasu do czasu, ale jakieś minimum ładu naprawdę ułatwia życie. Z drugiej jednak strony, dzieci, a przynajmniej niemowlaki i małe dzieci, są bardzo nieprzewidywalne. Uparcie nie przyjmują do wiadomości, że mają spać od 9 do 11. Że mają zjeść 150 ml mleka, żeby nie musieć dojadać za pół godziny. Że powinny się położyć na drzemkę w ciągu dnia, żeby nie marudzić wieczorem. Cały misternie ułożony plan potrafi zepsuć drzemka przesunięta o pół godziny albo niespodziewana wojna o kąpanie („Nie możemy zamoczyć plasterka!”). Mimo to, moim zdaniem warto planować. I mam tu na myśli zarówno próbę ogarnięcia życia dzieci – one naprawdę lubią rutynę i przewidywalność, jak i znalezienie w tym całym chaosie czasu na sprawy domowe i własne sprawy.

Ja, póki co, mam jako tako ułożone drzemki i posiłki dzieci. Jako tako, bo wystarczy, że wiatr źle zawieje i wszystko się sypie (rosną mi chyba meteopatki…). Pracuję też nad planowaniem czynności codziennych – z podziałem na pilne i te, które czekają na wolną chwilę (ha ha). Z czasem dla siebie mam największy problem, bo muszę go gdzieś wydzierać między uśpieniem Aparatki a pobudką Bliźniaczek. Czasem to 2 godziny, a czasem 15 minut. Ale tu też jeszcze powalczę, bo mocno wierzę, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. A ile szczęścia potrzebuje matka wielodzietna, żeby na wszystkie jej dzieci się to przełożyło!

Zamierzam stać się ekspertem od trudnej sztuki planowania czasu w rodzinie wielodzietnej z małymi dziećmi! Przede mną daleka droga, ale pewne przemyślenia już mam.

1. Dzieci.

Dopóki nie ustalisz i nie zmaterializujesz jakiegokolwiek planu dnia dla dzieci (choćby częściowego), nie uda Ci się bez ciągłej nerwówki ogarnąć domu i samej się zrelaksować.

Jeśli chodzi o niemowlaki i małe dzieci to kluczową kwestią jest sen. Super jeśli nauczymy dzieci samodzielnego zasypiania. Aparatka szybko załapała (chociaż bywają dni, kiedy mamy kryzys). Z Bliźniaczkami jest gorzej, bo wzajemnie się wybudzają.

 

2. Dom.

Od jakiegoś czasu stosuję zasadę: Zrobione jest lepsze od doskonałego (jak mówi moja nowa idolka Pani Swojego Czasu).

Bardzo bym chciała napisać, że po ogarnięciu dzieci, czas na zajęcie się sobą. Niestety nie znoszę chaosu – nie tylko w swoich planach, ale też w przestrzeni wokół siebie. Dlatego na przykład nie mogę się położyć z choćby najlepszą książką, jeżeli wokoło leżą porozrzucane zabawki, ubrania, papierki po cukierkach czy butelki po wodzie. Albo jeżeli pranie wyłazi z kosza. Brrr….

Walczę z perfekcjonizmem, bo wiem, że wszystkiego nie ogarnę. Wybieram więc to, co jest naprawdę pilne i wpisuję do kalendarza pod konkretne daty (np. telefon do lekarza). To, na czym mi zależy, ale nie jestem w stanie przewidzieć, kiedy znajdę czas wpisuję na listę tygodniową (np. umycie okien, posegregowanie ubrań). A na trzeciej liście umieszczam sprawy, o których chcę pamiętać, ale wiem, że nie są w moim zasięgu w najbliższym czasie (np. wybranie zdjęć do wywołania).

3. JA.

I tu na razie jeszcze nie mam strategii…

Czasem kiedy dziewczyny śpią w dzień, częściej kiedy śpią wieczorem, staram się nie myśleć, co tam jeszcze mam na liście z punktu drugiego i zrobić coś dla siebie. Czasu jest niewiele, więc wybieram to, co sprawia mi największą satysfakcję. Najczęściej piszę!

 

O moich postępach na drodze do poziomu eksperckiego będę na bieżąco informować. Póki co, mój wolny czas na pisanie minął … Wracam do matkowania!

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *