Jestem Matką, a Ty, jaką masz supermoc?

Ten tekst rodził się w bólach. Nie ma drogi na skróty – każde nowe istnienie tak się zaczyna. Szczerze mówiąc, myślałam, że będzie łatwiej – w końcu niejedno już w życiu napisałam. A jednak.

Pierwszy wpis miał być o czymś. Miał być trochę naukowy, trochę żartobliwy, z optymistyczną puentą. Miał być o tym, co się dzieje w głowie kobiety, kiedy zostaje matką. Okazało się jednak, że to temat baaaardzo obszerny. Chyba wyjdzie z niego cały cykl, a nie tylko wpis powitalny. Na powitanie więc coś bardziej osobistego. Pamiętnikowego. O moim własnym, prywatnym umyśle.

„Podobnie jak żylaki i dodatkowe centymetry w talii, zmniejszenie wydolności mózgu wydaje się zagrożeniem wpisanym w los kobiety, która postanowiła powiększyć rodzinę” pisze K. Ellison w książce „Umysł mamy. Jak macierzyństwo rozwija naszą inteligencję”.

Miałam wiele obaw związanych z macierzyństwem, ale o swój mózg jakoś nigdy się nie bałam. Kiedy w pierwszej ciąży dostałam w prezencie wspomnianą książkę właściwie bardziej ją przejrzałam niż przeczytałam. Zdecydowanie ciekawsze wydawały mi się wtedy poradniki jak karmić, jak przewijać, jak nosić, co zrobić, żeby raczkowało, siadało, chodziło… Ewentualnie – jak wrócić do formy po porodzie i w miesiąc stać się matką roku. Słyszałam, że ciąża „ogłupia”, a nieprzespane noce i zagrzebanie w pieluchach raczej nie sprzyjają rozwojowi inteligencji. Co więcej sama obserwowałam na przykład problemy z pamięcią czy koncentracją. Jakoś jednak nie mogłam się wczuć w psychologiczne rozważania nad umysłem matki. Wydawało mi się wtedy, że problemy, o których pisze autorka są trochę wydumane, wyolbrzymione.

Przez całą pierwszą ciążę albo pracowałam, albo się uczyłam. Po porodzie też dosyć szybko wróciłam do aktywności umysłowej. W ostatnich dniach marca ubiegłego roku zdałam egzamin zawodowy. Trudny. Bardzo obciążający, zarówno umysł, jak i cały organizm. Do egzaminu uczyłam się będąc w pierwszym trymestrze ciąży bliźniaczej, z roczną Aparatką walącą w drzwi zamkniętego pokoju z najbardziej na świecie rozrywającym serce błaganiem: „Mama!”… Najchętniej bym te miesiące przespała, a tu trzeba było szukać, czytać, pisać. Myśleć. Brrr… Przed samym egzaminem objawy pierwszotrymestrowe zaczęły mijać. Jednak im umysł miałam jaśniejszy, tym większa towarzyszyła temu świadomość znacznych braków w mojej wiedzy. Na szczęście, dzięki wrodzonej inteligencji (a, co!), wygrałam tę nierówną walkę.

Nadszedł czas na zasłużony odpoczynek. Zero pracy. Praktycznie zero czytania. Jedyny wysiłek umysłowy wiązał się z koniecznością wymyślania zabaw dla coraz bardziej wymagającej Aparatki. No i właśnie – mój umysł zaczął się robić całkowicie mamowy. Po porodzie to już w ogóle nie było czasu na jakiekolwiek rozrywki, mniej czy bardziej pobudzające mózg do pracy. Wiem, że są matki, które zaraz po powrocie ze szpitala siadają przed komputerem, idą na siłownię. Ja tak nie potrafiłam. Macierzyństwo pochłonęło mnie całą. I nie chodzi o to, że się jakoś nakręcałam, żeby mieć wybitne dzieci. Po prostu, mimo tego, że otrzymałam naprawdę dużo pomocy, nie byłam w stanie wygospodarować czasu dla siebie.

W pewnym momencie poczułam, że oszaleję, jeśli nie oderwę się od matkowania chociaż na kilka godzin w tygodniu. Nie potrafiłabym zawodowo zajmować się dziećmi. Mój umysł zdecydowanie potrzebuje też innego rodzaju aktywności.

Jednak czy dzieci sprawiły, że czuję się w jakikolwiek sposób ograniczona? Głupsza? Słabsza? Zdarza się, że bez pomocy gooogla nie potrafię zdecydować: „wujek” czy „wójek”. Zdarza się, że w połowie schodów uświadamiam sobie, że nie wiem po co właściwie idę. To jednak raczej kwestia zmęczenia materiału niż „zdziecinnienia”.

Mój mózg jest bez wątpienia mózgiem matki. Matki na pełen etat, a właściwie to nawet na trzy etaty. Potrafię zaplanować kilkudniowy wyjazd pięcioosobowej rodziny, spakować wszystkie potrzebne rzeczy i jeszcze wiedzieć gdzie co jest. Ubranka dzieci układam według rozmiarów + rodzajów + stanu: nowe/codzienne i mogę bez zawahania powiedzieć na której półce i na której kupce leży biały bodziak w czerwone serduszka z krótkim rękawem (btw kiedy to piszę bodziak leży na stole obok komputera, bo nie mogę się zebrać, żeby złożyć pranie…), budując jednocześnie największy na świecie zamek z piasku. Zdarza mi się prawą ręką karmić, lewą tańczyć i jednocześnie czytać bajkę. Przykłady można mnożyć. Z pewnością jednak właśnie w tym kierunku zmienił się mój mózg po urodzeniu dzieci. Żadne tam zmniejszenie wydolności! Raczej mocne podkręcenie obrotów. A im więcej dzieci, tym wyżej, mocniej, dalej.

 

Temat umysłu matki na pewno jeszcze tu powróci. A póki co, dziękuję za uwagę i do zobaczenia:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *